11 grudnia 2019

Historia pewnej kuchni, czyli jak podręcznikowo doprowadzić męża do ostateczności.

Na początku miały być vintage komody z przepastnymi szufladami i mnóstwem pojemnych skrytek. Górą natomiast zawisnąć miały szafki od Szweda. Po roku poszukiwań, przetrzepaniu całego internetu i wrzechświata, pytaniu klientów w pracy, rodziny, znajomych, a nawet osiedlowych meneli odpuściłam. Nigdzie bowiem nie znalazłam takich,
które odpowiadałyby wymaganym wymiarom i moim wyobrażeniom.

Cały plan wziął i zdechł. Nic tylko zaszyć się w ciemnym kącie depresji i rozpaczliwie wyć. Ale nie ja, ja wymyśliłam plan B. W tej opcji miała nastąpić odwrotność, czyli szafki dolne z Ikea, wiszące zaś miały pozostać stare, ale z nowymi frontami. Z tymi pierwszymi nie było żadnych problemów. Wybraliśmy kombinację Metod/Veddinge kolor biały, plus nóżki Capita. Musieliśmy wymienić też zlew, bo stary nie pasował wymiarami do nowej szafki. Dokupiliśmy jeszcze podium  Metod do kuchenki gazowej, ponieważ meble z Ikea są wyższe i głębsze niż standardowe, dzięki czemu są dużo pojemniejsze. Spokojnie pomieścicie swoje pociechy, zamykając je za karę na kilka dni w ciemnicy. Atrofii mięśni się raczej nie nabawią;)

Z szafkami górnymi już tak słodko i przyjemnie nie było. Jak już wcześniej wspomniałam wymyśliłam sobie do nich nowe fronty. Chciałam sosnowe, lamelkowe, które zamierzałam pomalować na prawie granat. Jadę więc z małżonem do pobliskiego budowlańca po owe froncisze. Na miejscu oglądam, biorę do ręki i...rozczarowanie. Są lekkie, cholernie lekkie, jakby wykonane z tektury. Nie wiem może się nie znam, ale uważam, że solidne rzeczy tak jak i facet słuszną wagę muszą mieć. I znowu dupa, opcja B poszla się ...... Ale tak szybko jak się ulotniła, tak szybko na jej miejscu pojawiła się kolejna koncepcja. W końcu aranżacyjnych pomysłów mam w trzy dupy i spokojnie mogłabym nimi urządzic kilka domostw.


Plan C wydawał się więc idealny i miał być połączeniem nowoczesnej wygody z nutką vintage. Zabudowa dolna miała pozostać bez zmian, szafkom górnym natomiast postanowiłam dorobić fronty wycięte ze starej, art decowskiej szafy. Niezastapiony Olx sypał vintage szafami jak z rękawa, nierzadko w śmiesznie  niskich cenach, a nawet do oddania za darmo. Coś w stylu: Wynieś pan ją za mnie, bo mnie boli noga w biodrze. I powiem Wam, że to był plan genialny i doszedłby do skutku, gdybym pewnego razu, grzebiąc na stronie Ikejki nie natknęła się na nią.

Szafka Ivar wykonana z surowego, sosnowego drewna. Idealnie nadaje się do olejowania, bejcowania czy malowania na prawie granat. Mebel ten lansuje się w czarujących, skandynawskich wnętrzach na instagramie. Można go zawiesić na ścianie, ale też ustawić na podłodze jak standardową komodę dorabiając nóżki. Dedykowany jest do salonu lub przedpokoju, lecz myślę, że z powodzeniem odnajdzie się w każdym innym pomieszczeniu. W moim przypadku istotne znaczenie miała głębokość szafki. Potrzebowałam takiej która z łatwością zmieści w swych wnętrznościach suszarkę do naczyń, czyli standardowej, kuchennej trzydziestki. Wym szafki Ivar to: 80×30×83, Linda Evangelista i Cindy Crawford mogą tylko pomarzyć o takich kształtach. Sami rozumiecie więc, że wizyta w Ikea była w tym momencie większym priorytetem niż depilacja okolic bikini przed wakacjami nad morzem.

Rzuciłam hasło, mąż z pokorą przyjął do wiadomości i pojechaliśmy. Na miejscu czekała na mnie przykra niespodzianka, szafek nie było, wykupili wszystkie na pniu. Nie oszczędzili nawet tych z ekspozycji, a ja choleryk z natury nie sprawdziłam na stronie ich dostępności. Kolejna dostawa za dziesięć dni. Wyobraźcie sobie jak mnie nosiło, ale przetrzymałam i kolejny raz przybiliśmy do brzegów Ikea. Szafek w dalszym ciągu nie było na ekspozycji, ale pani z działu i pani z magazynu zapewniały nas, że podana głębokość 30cm jest mierzona bez uwzględnienia grubości drzwiczek, tak jak we wszystkich meblach tego typu. I właśnie w tej chwili padną słowa ku przestrodze. Wydrukujcie je sobie i oprawcie w ramkę niczym modną scandi typografię. Pamiętajcie. Nigdy, ale to przenigdy nie kupujcie mebli których wcześniej sami nie zmierzyliście. My jak te ciule ostatnie niestety kupiliśmy.


Nie wiem jak Wam to zobrazować, ale po skręceniu i zmierzeniu szafek świat nagle się zatrzymał. Okazało się, że nie mają trzydziestu centymetrów głębokości. Co więcej, po dodaniu grubości drzwiczek nadal ich nie miały. O co chodzi? What the fuck? Byłam tak rozjuszona, że wielki wybuch sprzed piętnastu miliardów lat to pestka, a M rozkręcając szafki bluzgał i rzucał uroki na wszystkich pracowników Ikea. Nie pozostało nam nic innego jak zwrócić je do sklepu. Pewnie w tym momencie niejedno z Was pomyśli: Po jakiego wafla, czy innego andruta jej to było. Nie mogła po prostu kupić gotowych szafek? Otóż nie mogła, ponieważ byłyby to zapewne szafki, które wiszą w co drugiej polskiej kuchni, a tego by nie zniosła:) Życie ze mną to niezły survival, a mój M to prawdziwy masochista, tyle w temacie. 


No dobra, ale co ze szafkami, bo pewnie ciekawi jesteście jak wybrnęłam z tej sytuacji i uniknęłam cichych dni w związku. A zatem szafki zostały oddane. Ikea przyjęła je bez najmniejszego problemu, a w mojej głowie rodził się kolejny plan. Boszeee, dlaczego nie uczyniłam tak od razu? 

PLAN W MOJEJ GŁOWIE:
Znaleźć dobrego stolarza.
Wykręcić jeden stary front z szafki.
 Zawieźć front do stolarza.
Zlecić wycięcie wyżej wymienionego razy cztery.
  
Stare fronty były z płyty. Ja poprosiłam o lite, sosnowe drewno koniecznie bez płycin. Stolarz wykonał je genialnie, wyciął nawet puszki pod zawiasy. Nie pozostało mi nic innego jak tylko pomalowanie ich na wymarzony prawie granat.



Podobno według Pantone ma być to kolor roku 2020, czyli niezamierzenie wstrzeliłam się w najnowszy, kolorystyczny trend. Do pomalowania frontów użyłam jak zawsze sprawdzonej farby alkidowej od Jedynki. Powierzchnia nią pokryta jest trwała i wytrzymała na wszelkiego rodzaju uszkodzenia mechaniczne. Na koniec pomolestuję Was jeszcze  migawkami ,,przed i po".




Obleśność starych szafek przekraczała ludzkie pojęcie.



Tutaj jeszcze w połowie drogi do pełnej metamorfozy i z gałkami Grubbarp.


I po liftingu, botoksie i nastrzykiwaniu kwasem hialuronowym. 



Szafki dostały też nowe, stare gałki. Dolne pochodzą z wiekowej, prl-owskiej meblościanki. Kupiłam je jakiś czas temu na Olx i nawet pokazywałam na insta story. Uchwyty przy szafkach wiszących też swoje lata mają. Pokolorowałam je tak żeby nie tworzyły kompletu, a jednocześnie pasowały do całosci i dokonała się przemiana. Jeśli jednak czujecie niedosyt i chcielibyście zobaczyć większy kawałek mojej kuchni zapraszam na mój instagram.







Kopalnioki–twarde, śląskie cukierki bez nadzienia, o smaku miętowo-anyżowym, znane od końca XIX wieku. Cukierki składają się z cukru, olejku anyżowego, wyciągu z dziurawca, melisy i mięty oraz barwnika – węgla spożywczego. Kto z Was miał przyjemność spróbować? Ps. Mąż górnik, a puszka bardzo vintage, więc moja niepohamowana rządza posiadania jej jest w pełni zrozumiała. #vintagenafest#vintage#vintagehome#vintagekitchen#myktchn#howivintage#howihome#vintagelover#kitchenalia#heyhomehey#interior123#myhomecrush#rockininteriors#mystylishspace#makehomematter #homesofig#homesohard#currenthomeview#liveauthentically#designsponge#livecollarfully#myeclecticmix#pocketofmyhome#interiorboom#myvintageabode#myhouseandhome#kitchenideas#kitchendesign#kitcheninspiration#kitchendecor
Post udostępniony przez Adriana Szweda (@trzecie_pietro)

 Ps. Po miesiącu od całej akcji z szafkami mąż przestał krzyczeć przez sen i znowu  spokojnie przesypia całe noce;)

THE END


26 kwietnia 2019

Vintage rulez

Uwierzycie, że nie było mnie tutaj prawie cztery miesiące? Zauważyliście moją nieobecność? Zatęskniliście choć trochę?
Mam gorącą nadzieję, że tak, bo śpieszę to naprawić. Tym bardziej, iż znalazł się ku temu powód idealny w postaci obłędnej vintage makatki. Zważywszy na fakt, że ostatnio nastąpił wysyp hendmejowskich stron z makramami i makatkami, nagle mi też zachciało się  wiszącej na ścianie włochatej szmatki z frędzlami. Chciejstwo chciejstwem, lecz coś może mi się podobać, ale nie kupię jeśli nie jest to wiekowe vintage. Widocznie na etapie mojego rozwoju płodowego doszło do wielu errorów, przez to typ ze mnie trudny w pożyciu i cholernie wybredna istota. I jak tu znaleźć ładną i do tego zrobioną ze trzydzieści lat temu makatkę? A no całkiem przypadkowo, przeglądając komody na Olx.


Zobaczyłam ją, zmoczyłam z zachwytu stringi (żartuję, nie noszę niehigienicznych gaci bez dupy) i kupiłam.



Kobieta od makatki sprzedawała ją jako dywanik na ścianę. Po krótkiej, elektronicznej korespondencji  dowiedziałam się, że zrobiła ją w latach 80-tych ciotka tejże pani. Tak więc miała wszystko czego pragnęłam, była wiekowa, ręcznie robiona przez co unikatowa i te fantastyczne maki... Tak, maki zrobiły tu całą robotę, oczywiście zaraz po ciotce tej pani ;)  Brakowało jej tylko zwisających frędzli i sznurka do zawieszenia. Dla mnie taki problem to żaden problem. Te małe detale z łatwością jej dorobiłam. W Castoramie kupiłam drewniany drążek, a w pasmanterii krwiście czerwoną włóczkę z której zrobiłam mięciutkie frędzle.


Drążek wsunęłam w podwinięty od spodu materiał, a na jego końcach nawierciłam małe otwory. 


Przez nawiercone dziurki przeciągnęłam mocny sznurek, na którym w efekcie końcowym zawisła moja makatka.



Wisi teraz w sypialni i skupia na sobie całą uwagę, lepiej niż Britney Spears po ogoleniu swojej czaszki;)


Tak więc kochani, jeśli chcecie być na bieżąco z moimi vintage łupami, wskakujcie koniecznie na mój instagram.
Tam jestem codziennie, na wieki wieków amen.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...